|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Bajki o tarczycy
Dla blogu
Księga gości
Moje światy
Pomagamy Rubensowi
Powiedz mi...
Powódź 2010
Schodami do nieba
Szemrane marzenia
Szepty
Wróżka
Tagi
|
piątek, 31 grudnia 2010
jest dobry dzień, aby poczynić tutaj ostatni wpis. do zakończenia pisania na szeptemnaucho skłoniła mnie tylko i wyłącznie jedna okoliczność, choć dojrzenie to tej decyzji zajęło mi całkiem sporo czasu. zabrzmi trywialnie, ale wszystko się kiedyś kończy. jawny ekshibicjonizm, ten rok... wszystkiego dobrego na Nowy.
środa, 29 września 2010
piątek, 17 września 2010
po podjęciu decyzji o wycieczce do Jastrzębiej Góry, M. wyciągnął
vouchery do hotelu Astor, które dostaliśmy od naszych gospodarzy i
zaczął studiować, co też tamtejsze spa ma nam do zaoferowania.
wtrąciwszy się, delikatnie zasugerowałam, że nie mam ochoty się tam
wybierać, czasu niewiele, no i dwójka małych dzieci. początkowo
zawiedziony M. odłożył vouchery do szuflady, zjedliśmy śniadanie i
wyruszyliśmy - oczywiście autem, bo choć Jastrzębia jest całkiem blisko i można spokojnie dojść tam plażą na piechotkę [co też robiliśmy, gdy
przyjeżdżaliśmy na wakacje do Karwi jeszcze przed ślubem], to po
pierwsze: pchanie wózka plażą się nam w ogóle nie uśmiechało, po drugie: Kuba jest
jeszcze zbyt mały na tak długie spacery, padłby w połowie drogi, a co dopiero mówić o powrocie... celami były Oceanarium - mieszczące się w budynku Ochotniczej Straży Pożarnej i Wystawa Chińskiej Armii Terakotowej Cesarza Qin, umiejscowiona w dolnym Kościele Parafii w Jastrzębiej Górze. jeżeli chodzi o to pierwsze, to już po powrocie, szukając informacji w necie, o różnych miejscach, w których byliśmy, natknęłam się gdzieś na opinię, że rzeczone oceanarium to wspaniałe miejsce "po wizycie w którym każdy miłośnik słodkowodnych i morskich potworów będzie zadowolony". ja nie byłam, zarówno trzy lata temu, gdy byliśmy tam po raz pierwszy, jak i teraz. w tym roku szczerze powiedziawszy poszliśmy tam tylko ze względu na Kubę, który poprzednim razem mając trochę ponad roczek nie był za bardzo zainteresowany. a i teraz, jedyną rybą [?], która go zaciekawiła, ale też bez większego halo, był rekin - zresztą malutki, więc nawet nie było mowy o wzbudzaniu jakiegoś respektu. całe to tzw. oceanarium mieści się w dwóch malutkich pomieszczeniach, oświetlenie jest bardzo słabe, tłok i gorąco jak cholera - wyszliśmy spoceni jak po saunie. atrakcji też - jak dla mnie i na tę cenę [20 zł bilet normalny, 15 ulgowy!] - niewiele. obejrzeliśmy mureny, rekina, kraby, amfiriony okoniowe [czyli gdzie jest nemo], skrzydlice, zielone nadymki, arwany, płaszczki, pielęgnice, jesiotry, jakieś żółwiki małe i więcej nie pamiętam :) nie było nawet dwudziestu akwariów. nie polecam dla rodzin z małymi dziećmi, które akwarystyką się nie interesują. wg mnie nie warto się tam wybierać, by obejrzeć kilkanaście okazów. mało zachwyceni "oceanarium", ruszyliśmy w kierunku centrum. przy głównej promenadzie [ul. Kaszubska] kupiliśmy mnóstwo żelków na wagę - trzeba było się trochę posilić, bo następne na trasie było wesołe miasteczko ;) właściwie nie do końca takie typowe wesołe miasteczko, tylko plac z atrakcjami dla dzieci. Młody powspinał się i pozjeżdżał ze swojej ulubionej dmuchanej zjeżdżalni, powygłupiał się w basenie z piłkami i popływał na torze w canoe, wiosłując wiosłami. my z Zosią wsiadłyśmy do pociągu-kaczuszek i zaliczyłyśmy dwie kolejki. za to obiad zjedliśmy pierwszorzędny, bez dwóch zdań. trafiliśmy do pewnej restauracji właściwie z przymusu, gdyż jak dowiedzieliśmy się w informacji turystycznej, był to jedyny lokal w centrum, w którym można było płacić kartą, bowiem gotówki w naszych portfelach nie uraczyłeś ;) swoją drogą podczas tegorocznych wakacji przekonaliśmy się, że na Wybrzeżu [pomijając oczywiście Gdańsk] znalezienie lokalu z terminalem graniczy z cudem! w restauracji Kredens, przy ul. Kaszubskiej, bo o niej mowa, klimat jest niesamowity. ogromne drewniane stoły i krzesła, kredensy, drewniana podłoga, super, z precyzją dobrane dekoracje. nie mają niestety swojej strony internetowej [znalazłam jedynie stronę Kredensu warszawskiego - zajrzeć można, wystrój niemalże ten sam, ten sam styl]. M. twierdzi, że zjadł tam najlepszy obiad na tych wakacjach. nie pamiętam co dokładnie jadł, ale chyba polędwiczki w sosie grzybowym. ja zjadłam MEGAlasagne, a dzieciaki na spółę zupę jarzynową. porcje są tak ogromne, że swoich lasagne nie zjadłam w całości, a do wypicia miałam jeszcze MEGAlatte. poza tym pięknie podane, pachnące i gorące. zabawek dla dzieci bez liku - toteż Kredens jest idealnym miejscem, by zjeść w spokoju - dzieci od razu same zorganizowały sobie zabawę, a furorę zrobiła zabawka-szafa grająca z korbką oraz konik na biegunach. to be continued...
rankiem, po niesłonecznym weekendzie, znów zajrzało do nas zza rolety
piękne słońce. dzieci poszalały na plaży, popluskały się w dmuchanym,
tęczowym baseniku, córeczka nadal bojąc się wejść do morza pomoczyła się
w wykopanych bajorkach, przy okazji namawiając do wspólnej zabawy w
błotku dużo starszą od siebie dziewczynkę :) okazji do obejrzenia zachodu słońca w pełnej, bezchmurnej krasie, było w tym roku niewiele, żeby nie powiedzieć dwie, góra trzy. ponieważ w wakacje nie siedzieliśmy do późna, co więcej - chodziliśmy spać wcześniej niż normalnie, na codzień, to często kiedy słonko zaczynało chować się za horyzontem, my leżeliśmy już w łóżkach. tego dnia jednak widząc piękne niebo postanowiłam zabrać Kubusia na pierwszy w jego życiu zachód słońca. u wejścia do lasu, przez który trzeba było przejść, by dostać się na plażę, kupiliśmy popcorn - żeby było co chrupać czekając. usiedliśmy na plaży, a właściwie na drewnianym podwyższeniu-podeście zbudowanym na małym jej kawałku prowadzącym do nadmorskiego baru. do zachodu pozostało jeszcze sporo czasu, więc Kuba nie mógł - jak to dziecko - tak po prostu siąść, siedzieć i czekać. ponieważ nieopodal biegały sobie dwa małe pieski, synek postanowił zorganizować sobie jakoś czas i nauczyć aportować jednego z nich. - aport! - woła Kuba rzucając patyk [pies nie reaguje, aczkolwiek biega gdzieś w okolicy krzyczącego synka]. - mamo! ten piesek nie chce aportować! - denerwuje się. - synku, żeby wytresować pieska trzeba z nim długo ćwiczyć. - to ja będę uczył go długo! - nie poddaje się syn [tak, z pewnością jeszcze dziś piesek nauczy się przynosić patyk]. - aport! aport! [piesek jak wyżej] syn jest tak niesamowicie fotogeniczny, że nie mogłam się oprzeć, by nie zrobić mu pińciuset zdjęć :D nie mogę nacieszyć się jego zdjęciami w tak sprzyjającym, pięknym świetle. syn uwielbia zaś, kiedy mu się robi zdjęcia. współpraca układała się więc nam znakomicie, a efekty są powalające. - świetne zdjęcie profilowe. zajebisty avatar na facebook. i po chwili: - świetne zdjęcie profilowe. zajebisty avatar na facebook. hm, że co? to tylko mój szwagier komentujący sesję, oglądający zdjęcia już po naszym powrocie. zapomniałam niestety, że nasz aparat nie zrobi zdjęcia zachodu słońca w pomarańczowo-czarnej kolorystyce, dopóki nie przestawi się opcji foto na krajobrazy. nie mam więc żadnego zdjęcia jak z pocztówki - wszystkie wyglądają jak robione w dzień, a nie o zachodzie słońca. no trudno. może następnym razem nie okażę się blondynką i nie będę się dziwić: hmm, coś jest nie tak, tylko co? fajnie, że wieczór nie był zupełnie bezchmurny - dzięki temu zdjęcia są mimo wszystko kolorowe i bardzo piękne. dziwne to, ale gdy jestem nad morzem przeobrażam się w okropnego zmarźlucha. będąc w niedoczynności marzłam przeokropnie, ale teraz, gdy hormony mam już ustawione, zimno nie jest mi w ogóle - obiektywnie biorąc pod uwagę temperatury za oknem powinno mi być wręcz właśnie zimno, tymczasem - przebywając tu, na wyżynie naszej - jest mi ciepło. co innego na wybrzeżu. odkąd tylko pamiętam, nad morzem wieczorami marzłam niesamowicie. tak było i tym razem: zawsze musiałam mieć w pobliżu sweterek, bo wraz z popołudniowym obniżeniem się słonka, mimo, że nie moje ciało wale nie było nagrzane po całodniowym plażowaniu, pojawiała się na nim gęsia skórka i sweterek założony być musiał. wybierając się na zachód słońca ubrałam się więc - jak mi się wydawało przed wyjściem - w miarę ciepło. po kilkudziesięciominutowym siedzeniu na plaży skostniałam jednak okrutnie :/ Kubuś - ubrany równie ciepło, aczkolwiek bez przerwy będący w ruchu - nie wykazywał żadnych oznak marznięcia. podobnież oznak takowych nie wykazywały dziewczyny w sukienkach na ramiączkach :) brrr... wychodząc z plaży, natknęliśmy się jeszcze na pana od popcornu i innych niezdrowych przekąsek. synek dostał watę cukrową, a ja - już po drugiej stronie ulicy - na ogrzanie kupiłam sobie cieplusieńką megazapiekankę xxl. po drodze Kuba pobawił się chwilę w łódce przed smażalnią Złota rybka, po czym szybciutko wróciliśmy do domku. trzeba tutaj zaznaczyć, że w tym przypadku było to naprawdę szybciutko, bo Młody ma generalnie prawie zawsze ślimacze tempo marszu, a do tego musi wszystko obejrzeć, podzielić się swoimi spostrzeżeniami, zadać mnóstwo pytań [czasami takich samych pięć razy z kolei, bo zadawszy pytanie po raz pierwszy nie ma czasu na wysłuchanie odpowiedzi...] oraz wszystko skomentować i podsumować [może te dwie ostatnie cechy to po mnie ma, no?]. jeżeli akurat nie biegnie, to wlecze się niemiłosiernie. nie zna pośredniego tempa, szybkiego marszu. i tak było przez cały pobyt. ba - jest tak od zawsze na codzień. czteroletni ślimaczek :D - mamuniu, a słoneczko poszło teraz do innych ludzi? |